Mimochodem

Nie aktorką, nie baletnicą, nie dentystką, nie strażakiem, nawet nie księżniczką. Ostatnio sobie to uświadomiłam, że ja od zawsze chciałam być pisarką. W gimnazjum wydałam pierwszą książkę z opowiadadaniami, brat pomógł mi ją wydrukować i zbindować w punkcie Ksero. Opowiadania były dosyć ckliwe, uwierająco moralizujące, ale były na prawdę piękne.

Ta wizja kariery poczytnej autorki towarzyszyła mi przez całą ścieżkę edukacji. Niby nie wierzyłam w to, że kiedykolwiek będę się tym zajmować na poważnie, ale równocześnie wciąż dziergałam na boku jakieś literackie projekciki. A to wysyłałam pracę na jakiś konkurs, a to uczęszczałam na kurs scenariopisarstwa, później do Studium Literacko Artystycznego na UJ. Wciąż nie przytrafiał mi się żaden spektakularny sukces, wciąż nie miałam jakiegoś konkretnego, sensownego pomysłu na to moje pisanie, ale wciąż (z mniejszą lub większą intensywnością) pisałam.

Po zakończeniu SLA wydałam nawet zbiór opowiadań, dzięki pozyskanym środkom z Wydziału Kultury Urzędu Miasta Krakowa, ale wydawnictwa tego nie można nazwać wielce udaną pozycją. To znaczy wciąż lubię zawarte w nim tekściki, ale książka jest wydana właściwie w garażu, z półprofesjonalną redakcją i korektą, spokojnie można doszuakć się błędów i literówek. Co więcej: na jednej ze stron, jeden z akapitów ma mniejszą czcionkę niż reszta tekstu. Połowa nakładu kurzy się na półkach rodziny i znajomych, druga połowa leży grzecznie w kartonach w piwnicy. Na moim dysku czai się też zalążek scenariusza filmowego, a w notatniku rozpisana cała jego fabuła. Prosto w oczy nigdy nikomu tego nie powiem, ale tutaj napisać sobie mogę, że ja na prawdę uważam, że kiedyś pójdę na ten film do kina. Choćby o lasce, czy z balkonikiem.

Do dzisiaj nie wiem, skąd brała się moja siła i determinacja, żeby wciąż się tym zajmować. Gdzieś z tyłu głowy uważałam że to właśnie jest moja droga, choć jak ktoś mnie o to pytał, to spuszczałam wzrok i mruczałam coś pod nosem, że to nie tak na poważnie, że tylko do szuflady. Robiłam więc swoje, pracowałam jak “każdy rozsądny człowiek” od 8 do 16, a popołudniami realizowałam moje nierozsądne plany. Gdy cztery lata temu wskoczyłam na głęboką wodę macierzyństwa, moje noblowskie aspiracje zostawiłam na brzegu. Pogodziłam się z tym, że to nie mój czas TOP 10 Empiku. Skupiłam się na losach Pucia i Kici Koci. I tak patrząc na tę moją Marysię, a później też Jagienkę, zbierałam obserwacje, co je najbardziej w książeczkach interesuje, na co najczęściej wskazują małe paluszki. Które książeczki mają zniszczone okładki. Wtedy mnie też olśniło, że nie ma co szukać wiatru w polu. Że trzeba się zabrać za to tu i teraz. Że pod nosem mam niewyczerpane źródło inspiracji, dwie Muzy Natchniuzy. Projekt książeczek dla dzieci wydał mi się nagle oczywisty. Stwierdziłam, że to najlepszy moment na taką próbę. Już mam podrośnięte dzieci, ale jeszcze nie wracam do pracy na pełen etat. Dałam sobie kilka miesięcy na test. Próbę rynku i siebie samej przy okajzi.

I znowu to zrobiłam. Zabrałam się za projekt, w który wierzę i nie wierzę równocześnie. Małymi kroczkami brnęłam do celu. Pisząc podczas drzemek dziewczyn, wysyłając maile na ławce w parku. Szczerze mówiąc wciąż ciężko mi uwierzyć w to, że pierwsza książeczka właśnie sunie po taśmach maszyny drukarskiej. Dopóki nie zobaczę, to nie uwierzę. Ale gdybym miała kogoś zainspirować, to mówię, że się da. Napisać i wydać samemu książkę. Między smażeniem naleśników, a układaniem puzzli. Tak mimochodem.

Mimochodem

Jedna myśl na “Mimochodem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry